Taki sobie dzionek
Dzień rozpocząłem wspaniale – gdy wstałem z łóżka, wdepnąłem w co najmniej pięć pułapek na myszy, które wczoraj wieczorem zastawiłem. Klnąc i podskakując to na jednej, to na drugiej nodze, dotarłem do łazienki. Ledwo zamknąłem za sobą drzwi, usłyszałem głos ojca:
– Tylko nie domykaj drzwi, bo zamek jest zepsuty!
No i masz! Kolejne dwie godziny spędziłem na beznadziejnych próbach sforsowania dziesięciu zamków antywłamaniowych. Gdy już dałem sobie spokój, zauważyłem, że okno na balkon jest uchylone. „Cóż, bywają lepsze dni” – pomyślałem i przecisnąłem się na drugą stronę. W chwilę później znalazłem się w stanie nieważkości lecąc z czwartego pietra w dół. Mimo tak dramatycznej sytuacji nie straciłem jednak mojej lodowatej krwi i w ostatnim momencie przytrzymałem się krawężnika. Kiedy stanąłem na ziemi, zastanowiłem się, gdzie się podział balkon. „Może jakiś dowcipniś go w nocy gwizdnął? Nie pomyślał, że tu ludzie mogą zginąć! Co za tępak!”
Po chwili udałem się w stronę klatki schodowej z mocnym postanowieniem nie wychodzenia z domu przed śniadaniem. Jednak łatwiej było mówić, niż zrobić. Choć obszedłem blok ze trzy razy, nigdzie nie znalazłem wejścia! To mi się przestało podobać. Ruszyłem w kierunku centrum miasta do jakiegoś baru. Ale daleko nie zaszedłem. Już po kilkuset metrach zza rogu wyskoczyło trzech półorków i jeden krasnolud z wyraźnym zamiarem uwolnienia mnie od mieszka ze złotem i/lub głowy. Na szczęście niedawno byłem na targu w Gett-warr-garze i miałem nowy amulet. Szybko cisnąłem w nich trzy ogniste kule i w ten sposób załatwiłem półorków. Ale krasnolud już biegł na mnie wymachując toporem i wrzeszcząc „Baruk khazad!” Miał tak długą brodę, że myślałem, iż się o nią potknie i przewróci. Tak się śmiałem, że prawie mnie sięgnął. Pomyślałem, że czas kończyć ten cyrk i wyciągnąłem zza pasa mojego Exterminatora. Gdy tylko poczuł krasnoluda, od razu się uaktywnił i rozjarzył na czerwono. Tymczasem przeciwnik znów szarżował. A ja, tylko dla zabawy, ciachnąłem mu tą brodę – chyba zrobiłem dobry uczynek, nie? Jeszcze by się kiedyś naprawdę przewrócił – i co wtedy?! Teraz nic mu się nie stało, jednak krzyknął straszliwie „Moja broda! Moja broda!” – aż mi wątroba zadrżała – i padł na ziemię. „Skoro tak” – pomyślałem – „to idę dalej.” I poszedłem.
Dzisiaj jednak najwidoczniej prześladował mnie pech. Nie zdążyłem nawet próbować ochrony, gdy po kilku krokach poczułem, jak coś (ktoś?) mnie gdzieś teleportuje. W chwilę potem byłem już w lochu. A niby skąd mam wiedzieć gdzie?! Wystarczy, że razem ze mną siedział półolbrzym, hobbit, elf i krasnolud. Dziwne, że się jeszcze nie pozarzynali.
– Czoł(gi)em, chłopaki! Jestem Tan Urlich von Jungingen. Za co siedzicie? – spytałem.
– Eee... – zastanowił się półolbrzym. – No, ja to nie wim. To ich wina, że ja tu siedzem! Eee... A co ci do tego? Miliard, załatwić go?
– Nie! Siadaj i zamknij się! A poza tym, nazywam się el Milliard, ile razy mam ci to powtarzać, ty mutancie skaveński?! – odpowiedział elf. – Wybacz Horrorowi, on już taki jest. Moje imię już znasz, a to są Bumpo i Alex – wskazał na hobbita i krasnoluda.
Alex, kładąc dłonie na trzonku topora, rzekł:
– Horror dobrze gadał! Co ty do nas masz, cudzoziemcze? Skąd jesteś? Jak tu trafiłeś?
– Dlaczego macie broń? – odpowiedziałem pytaniem. – Nie zabrali wam?
Tym razem odezwał się hobbit:
– Ano, jak widać, nie.
– No to czemu jeszcze tu siedzicie?! – Byłem szczerze zdziwiony.
– A niby jak mamy zwiać? – Bumpo smutno się uśmiechnął podrzucając sztylet. – Rozejrzyj się!
Skorzystałem z rady i rozejrzałem się. Rzeczywiście, trochę dziwne. Cały loch był z litej skały, a przy tym ani śladu jakichkolwiek drzwi lub okien! Światło sączyło się wprost z sufitu. To mi się przestało podobać.
– Jak się tu znaleźliście?
– Widzisz, cudzoziemcze, to przez naszego szefa. Skurczygnat, wystawił nas na odstrzał! Mieliśmy w planie prosty (?) wypad, do świątyni Seta. Szef mówił, że skarbów tam jest po szyję. No i mamy, cośmy chcieli. Ledwośmy próg przestąpili, a coś nas tu przeniosło. No i tyle! – krasnolud był wyraźnie wściekły. – A Hitleryk, znaczy się nasz szef, wyparował.
– Wiecie co, chłopaki, ja też dostałem się tu przez teleportację. Nawet nie zdążyłem rzucić Neutralizacji. Pewnie wdepnąłem w jakiś run.
– To musiał być specjalny run – zauważył Milliard.
– Specjalny czy nie, trzeba stąd pryskać – rzekłem.
– Eee... Ale jak? – półolbrzym był najwyraźniej BARDZO dociekliwy.
– No wł... – Alex nagle urwał, bo stało się coś ciekawego. Jedna ze ścian naszego przemiłego lokalu zniknęła. Po prostu wyparowała. W dali widać było całkiem ciemny korytarz.
– Nooo... No to chiba pójdziem? – ten Horror chyba nie przestanie mnie zadziwiać.
Rzekłem do niego:
– W zaistniałej obecnie sytuacji, biorąc pod uwagę wszelkie możliwe skutki, jakie tylko można wziąć pod uwagę, jestem skłonny przychylić się do twojej propozycji.
Półolbrzym rozdziawił gębę i wybałuszał na mnie gały z pól minuty. Wreszcie powiedział do elfa:
– Eee... Miliard, że co on niby gada?
– Nazywam się el Milliard, ile razy mam ci to powtarzać, ty wypierdku gigantów?!
– Tak czy owak, wyłazimy stąd jak najprędzej! – uciął dyskusję krasnolud.
– Taa, toć tom właśnie powiedział! – Horror najwidoczniej przejawiał elokwencję wręcz niesłychaną, jak na jego gatunek.
– Dobra, dobra – wtrąciłem się. – Idziemy!
I poszliśmy...
* * *
Dalszy ciąg „przygód” (kradzieży, rozbojów, napadów (szaleństwa), włamań...) tej samozwańczej „drużyny poszukiwaczy przygód” nie będzie tu opisany, gdyż mógłby przyprawić co bardziej wrażliwych czytelników o białaczkę, żółtaczkę, czerwonkę, epilepsję, hemofilię, cukrzycę, nadkwasotę, schizofrenię, manię wielkości, kompleks niższości, ślepotę, głuchotę, impotencję, paraliż, osteoporozę, ból rzęs, skręt kiszek, zwichnięcia i złamania, przegrzanie mózgu, pomieszanie zmysłów (kogelus mogelus sensorus), raka włosów, zanik dwunastnicy, wypadanie paznokci, odwrócenie biegu krwi, rozprostowanie kory mózgowej, AIDSP (Albo I Dużo Straszniejsze Przypadłości).
Podpisano: Arcymag Ngtholmg Abrakadabrus, Naczelny Cenzor Orchii i Zjednoczonych Archipelagów.
TCHE ĘD